Intrygujący fakt numer osiem: Kobietom można zarzucić wiele. Jedną z najwiekszych wad, jest obrażanie się. Jest wiele powodów, które moga wykorzystać. Za brzydkie słowo, wylany napój, zawód, zdradę, z powodów hormonalnych. Ale zdecydowanie najgorszym jest...
Obrażanie się, bo ten drugi się obraził...
- A to z kolei dominanta mężczyzn.
Jej szlachetnie zielone tęczówki iskrzyły jeszcze przez ułamek sekundy, zupełnie w ten sam sposób, jak wtedy, kiedy ich właścicielka ekscytowała się jakimiś błahostkami, albo ujawniała tak wszechobecną wściekłość. Błyszczały i migotały najnormalniej w świecie, malując na twarzy niesamowity pejzaż zaskoczenia, który chwilowo odrzuciła na rzecz mojej osoby. Wtedy, jakby zaznajomiwszy się z twarzą wybawcy, jej twarz przyblakła, zacierając jakąkolwiek emocje, aż w końcu i same tęczówki osunęły się w górę, w nicość. Frunęła w dół, aż napotkała przeszkodzę w postaci moich asekuracyjnych rąk. Nie czekając dłużej, zarzuciłem ją sobie na ramię i zmroziłem wzrokiem otaczające mnie trupy, które trawił już płomień mojego katona. Na sam koniec zostawiłem sobie krzykliwego i trzęsącego się Strażnika, który zasłaniając się zakrwawionym szkarłatem Haruno, harpunem, celował we mnie, nie mając nawet kropli odwagi, aby unieść spojrzenie i obarczyć nim moje oblicze. Wykrzywiał niezrozumiałe dla mnie frazesy w porywach szaleństwa, bluzgając i klnąc wniebogłosy. Zmęczony tymi krzykami, postanowiłem odłożyć plan torturowania go, za chęć pokrzyżowania moich planów i zakończyć to szybko.
Irytował mnie, a ta irytacja przekładała się nad wszystkie możliwe bariery.
Podszedłem do niego, obserwując działanie własnych korków odbijające się na jego twarzy. Widząc, że jego oczy zioną prawdziwą, niepohamowaną histerią, wyszarpnąłem harpun, zanim zdążył pomyśleć, aby go na mnie użyć.
- I tak cię znajdą, Uchiha! - wrzasnął przeraźliwie. - Zabiją cię! Ostatniego potomka! Wszyscy cię szukają! Tysiąc strażników i nagroda, która zapewni dostatek do końca życia nie jednemu.. a kilkoma pokoleniom! To tylko kwestia czasu!
- Szukacie mnie? - upewniłem się, choć ostatecznie... i tak odpowiedź była zbędnym elementem tego przedstawiania.
Strażnik zarechotał w amoku.
- A kogo innego! Tysiące oddziałów przemierza wszystkie kraje, aby złapać ostatniego Uchihę. Nie wywiniesz się z tego! Jesteś już skończony, rozumiesz to? Rozumiesz?!
Chwyciwszy jego głowę w jedną rękę, drugą, machinalnie skręciłem mu kark, dając epilog ciągnącym się groźbom.
Sakura zaciążyła mi na ramieniu, a ja poczułem się znudzony. Już od dawna dokuczał mi ten uszczypliwy stan. Nuda – bezkresna, opatulająca moje ciało. Może to dlatego wykazywałem taką cierpliwość w stosunku do tej dziewczyny.
Skierowałem się leniwie w kierunku wyjścia, niewzruszonym okiem obserwując, jak No Sabaku nachyla się nad martwą Staruchą i wyszarpuje ze swojej nogi harpun – podobny do tego, który przeciął ciało Haruno.
Gdyby Sakura nie postąpiła tak cholernie lekkomyślnie, zapewne zostałbym narażony na kolejny akt głupoty i zmuszony do oglądania sielankowej sceny, z jej aranżacją, w której rzuca się na pomoc tragicznej rodzince i w dodatku przymusza mnie do tolerowania jej podniosłego szczebiotania o honorze i przyjaciołach.
Ale postąpiła, co w skutkach pociągało i multum problemów, które spoczęły na mych barkach i chwile spokoju, tudzież odciążenia myśli od tego, co też znów uroi się w jej niekontrolowanie porywczej główce.
Chociaż tyle.
Wyszedłem więc na zewnątrz, słysząc, jak skrzeczenie desek daje wyraźny sygnał ostrzegawczy, że za chwilę ta kupa gówna, która względnie trzymała postury leśnej chatki, zakończy egzystencję, roztrzaskując się o ziemię.
Tak naprawdę mało mnie to wszystko obchodziło. Chciałem jedynie wybadać stan Haruno i to, czy jej użyteczność nie koliduje z jej narwaną osobowością, co w ostatecznym rozrachunku nie sprowadzi mnie na manowce, albo zniweczy plan, który domagał się realizacji. Tylko tyle. Szczerze wolałem i żywiłem w tym kierunku nadzieję, aby jej upierdliwość dawała mi się we znaki, jako żywa, rozkrzyczana istota, która ostatecznie i tak zrobi to, co jej każe – dobrowolnie, czy nie – i nie będę musiał porzucić jej zwłok i szukać kolejnego Medyka, który – sądząc po jej wcześniejszych słowach i własnych obserwacjach – uznałem za cenny nabytek.
Rzuciłem ją na ziemię i nachyliłem się, w odruchu sprawdzając jej puls. Był znikomy, ale zawsze. Nawet na łożu śmierci potrafiła być uparta jak osioł, ale akurat w tym wypadku było mi to na rękę i śmiałem twierdzić, że byłbym zdolny nawet jej przyklasnąć, gdyby powalczyła jeszcze bardziej i od razu otworzyła oczy, zdolna do dalszej wędrówki.
Ale niestety. Upartość najwidoczniej nie obligowała do odnoszenia sukcesów w jakiejkolwiek materii.
Prawdę mówiąc nie wiedziałem, jak postąpić, aby nagle zmartwychwstała, albo wybudziła się z tego odmętu, a nie zamierzałem zgrywać stróża przez następne tysiąclecie. Pragnąłem jedynie konkretnej informacji. Żyła - obudzi się, czy umrze - gra nie jest warta świeczki.
Kątem oka dostrzegłem wyczołgującą się spod zawalonych już drzwi frontowych No Sabaku, która siłując się z rozkrzyczaną bestią spod koca i własną, przebitą na wylot nogą, próbowała zachować resztę racjonalizmu i zbierała w dłonie kunai'e, które przypadkowo wyleciały z okien.
Takiego towarzysza było mi trzeba.
- Chodź tu! - zawołałem, a ona, jakby doskonale wiedząc kto stał naprzeciwko i czego od niej chce, uśmiechnęła się zuchwale i parsknęła pod nosem.
- Bo?
Nie miałem zamiaru urządzać z nią pyskówki, jak dotychczas z Haruno, więc postanowiłem, że dam jej jeszcze jedną szanse na zreflektowanie się, a potem sam wystąpię, jako czarny charakter tej rodziny.
Moje spojrzenie, jakby na poparcie tego zamiaru, ulokowało się na małym stworzeniu, które przyciskała do siebie nienaturalnie mocno, robiąc z niego marmoladę.
- Bo twoja przyjaciółka za chwile zejdzie z tego świata – oznajmiłem, krzyżując wyczekująco ręce. Tak jak myślałem. No Sabaku zmusiła się do herkulesowego wysiłku i wytężyła wzrok, kierując go na półtrupa, zdobiącego jej trawnik. Ta wizja mogła wstrząsnąć niejedną matką, która chciała ulokować w tym miejscu huśtawkę dla bachora, ale równie dobrze mogła wstrząsnąć przyjaciółką, kompanem, czy jak oni się tam nazywali. Było mi wszystko jedno. Miała sekundę na odpowiednią reakcje.
- Sakura – mruknęła, naraz zmieniając podejście. Syknęła z bólu, gdy spróbowała podźwignąć się na tej karykaturze nogi, po czym odstawiła dziecko i zapierając się w każdy możliwy sposób... dopięła swego. Jej twarz wyrażała ból, o jakim nikomu się jeszcze nie śniło, co doprawiło mnie jedynie jeszcze większym znużeniem.
Westchnąłem ciężko, po czym napotkałem parę jej turkusowych oczu, które taksowały mnie z obrzydzeniem podstępnej lisiczki.
Czegoś chciała.
- Weź dziecko.
Potrzebowałem chwili, aby zrozumieć czego ode mnie wymaga i drugiej takiej chwili, aby zrecenzować to w głowie.
Chciała powierzyć mi swoje dziecko? Już lepiej, aby ten bachor leżał na ziemi, niż w łapach kryminalisty.
- Nie.
Jej czoło zmarszczyło się niebezpiecznie, a twarz postarzała się o jakieś parenaście lat. Lustrowałam przez chwilę proces, w którym próbowała wyrazić oczyma swoją niechęć w stosunku do mnie i w stosunku do otoczki związanej z tym, że mam trzymać w dłoniach jej dziecko. Dzięki temu, doszedłem do pewnej konkluzji... Kobiet nie dało się zrozumieć. Te istoty po prostu już tak miały. Robiły coś, co ewidentnie sprzeczało ich pragnieniom i przekonaniom. Akt głupoty, desperacji, czy może naturalna potrzeba nie zgadzania się z płcią przeciwną i robienia wszystkiego pod wpływem emocji?
Sądziłem, że nie ma bladego pojęcia co pociąga za sobą wybór tej decyzji.
- Nie zamierzam cię błagać – powiadomiła mnie, a właściwie... wypluła te słowa z taką ordynarną manierą, że sam mógłbym być do niej zaledwie uczniakiem. - Ale nie pomogę ci z Sakurą.
- Niech tam leży.
- Nie może! Jakaś cegła go przygniecie, gdy będą spadać! A ja nie jestem w stanie jednocześnie iść i trzymać go w rękach. Weź Asume!
- Zadbam o to, żeby nic go nie rozgniotło, pasuje?
- Weź dziecko!
Skapitulowałem. Widziałem, jak zwierzęce instynkty samozachowawcze władają jej ciałem i byłem ośmielony sądzić, że zrobiłaby tak, jak prorokowała. Nie pomogłaby Sakurze i żadna przemoc nie wchodziłaby w grę. Chociaż... może i wchodziła, ale zostałbym skazany na znoszenie płaczów, krzyków i kwików zranionej matki. Niezwykle porywczej i nieustępliwej matki.
Zrobiłem to dla siebie.
Nie wiedziałem ile będzie mnie to kosztować, dopóki nie podszedłem bliżej i nie przyjrzałem się temu wyjcowi. Wił się, jakby go podsmażano od środka, przy dodatkowym akompaniamencie takiego huraganu wrzasku, że zmysł zabójcy od raz wyostrzył mi się do takiego stopnia, że już wtedy miałem ochotę wyrzucić go w iglaste krzaki, a nawet nie kwapiłem się, aby go unieść. Dopiero głos No Sabaku, który bardziej przypominał warkot wilka, wybudził mnie z letargu.
- Dalej! - ponagliła mnie, a ja, robiąc chwilową pauzę w zastanawianiu się, jak pochwycić to stworzenie w taki sposób, aby wisiało kilka metrów nad ziemią i jednocześnie tak, aby miało ze mną jak najmniejszą styczność, obrzuciłem ją morderczym i ostrzegawczym spojrzeniem, z którego nie wiele sobie zrobiła. Zainicjowała mi z trudem, że mam unieść dziecko i wykręciła się w kolejnej, bolesnej spazmie.
Komentarz
OdpowiedzUsuń